Emocje mundialowe w lidze BIG3, dojrzałe wino smakuje najlepiej – czyli czwarta kolejka BIG3

Cześć z tej strony Marcin. Dziś wyjątkowo relację napiszę Wam ja! Być może to nie jedyny raz i będziecie mogli mojego słowa poczytać w przyszłości więcej. Nie paplając więcej, zaczynamy!

Brakuje Ci gry z jajami w NBA? Jeśli tak to po raz kolejny polecamy  BIG3 – tam nie ma zmiłuj! Szczególnie jeśli gramy w Mo-Town (Detroit) – mieście Bad Boys. Czwarta kolejka przyniosła nam nie mniej emocji niż trzecia odsłona ligi Ice Cube’a.  Serdecznie zapraszam do relacji z minionych spotkań BIG3.

Killer 3’s vs Trilogy

Josh Powell  (14 pkt.), Captain Jax (9 pkt., 10 zb.), Alan Anderson (12 pkt. )… Metta World Peace (1 voley kick)

vs

Al Harrington (19 pkt.), Derrick Byars (13 pkt.), James White (12 pkt.)

 

Nie owijając w bawełnę, był to mecz na dnie ligi. Naprzeciw siebie stanęły ekipy Killer 3’s oraz aktualni mistrzowie – Trilogy. Pierwsi (nad czym nadal ubolewam) nadal bez Billups’a, drudzy z Rashad’em McCants’em ponownie w składzie. Mecz zaczął się od mundialowych emocji, które szybko udzieliły się MWP. Metta World Peace (ex Ron Artest) nie wytrzymał chyba ciśnienia pod kopułą i czym prędzej poleciał z boiska (zaledwie po 2 min. meczu) niczym piłka, którą wykopał w trybuny. To z pewnością osłabiło zespół Killer 3’s, którym z wrażenia musiały ręce opaść (reakcja Charles’a Oakley’a pokazała to najdobitniej). Trilogy zaczeli mocnym akcentem. Najpierw znak o swoim powrocie dał Rashad McCants mijając Alana Andersona niczym juniora. Gra jednak siadła w zespole mistrzów w ciągu kilku następnych minut, co pozwoliło wyrównać stan rywalizacji. Pierwszą połowę Trilogy zakończyli  trójką Al’a Harrington’a dającą wynik 25:22 na korzyść jego zespołu. Drugą część spotkania ponownie z przytupem zaczęli Trilogy. W tej części z dobrej strony pokazał się Derrick Byars, który trafił do zespołu Rick’a Mahorn’a w wymianie z 3’s Company (oddali wzamian Dantay’a Jones’a). DB swoimi kocimi ruchami mijał rywali jak tyczki i wypunktowywał ich zespół. To on trójką ze szczytu zakończył mecz, dając swojemu nowemu zespołowi pierwszą wygraną.  Czy to początek powrotu Trilogy? Czas pokaże!


3’s Company vs Ball Hogs

DeMarr Johnson (15 pkt.), Andre Emmett (10 pkt.),  B.Diddy (10 pkt.)

vs

Jermaine Taylor (14 pkt.), DeShawn Stevenson (11 pkt.), Andre Owens (10 pkt.)

Drugim meczem w ten weekend było spotkanie 3’s Company i Ball Hogs. Pierwsza połowa to wyrównana walka. Swoje zespoły prowadzili dwaj panowie o imieniu Andre – Owens i Emmett. Dryblowali z piłką bez pardonu dla rywali, bawiąc się z nimi niemiłosiernie. Szczególnie ten pierwszy, któremu wyraźnie załączył się „James Harden Mode” i kończył skutecznie drybling za dryblingiem. Połowa zakończyła się trójką Baron’a Davis’a dając wynik 27-24. Pechowo w drugą część spotkania wszedł B.Diddy, który przy jednym z wejść pod kosz doznał jakiegoś urazu. Musiał zejść z parkietu, na który już nie wrócił. Nie podłamało to jednak skrzydeł jego zespołu, który dźwignął trudy spotkania głównie za sprawą gry DeMarr’a Johnson’a i zakończył je wynikiem 50-40.


Tri-State vs 3 Headed Monsters

David Hawkins (15 pkt.), Amar’e Stoudemire (14 pkt.), Nate Robinson (12 pkt., 2×3, 1×4)

vs

Reggie Evans (18 pkt., 13 zb.), Mahmoud Abdul-Rauf (14 pkt.), Qyntel Woods (10 pkt.)

Mieliśmy mecz na dnie, mieliśmy też mecz na szczycie. Podczas Game 4 doszło do starcia niepokonanych do tej pory zespołów Tri-State oraz 3 Headed Monsters z legendami za sterami – Julius’em Ervingiem i Gary Payton’em. Mecz od początku był wyrównany. Z dobrej strony pokazał się szczególnie STAT, który kilkukrotnie kończył akcje z góry (Amar’e – Is that you?!). Jego postawa pozwoliła lekko odskoczyć od rywali i zakończyć pierwszą część spotkania 25-17 po rzucie za cztery małego-wielkiego człowieka – Nate’a Robinsona. Druga odsłona zaczęła się od wjazdu pod kosz Nate’a. Były gracz m.in. Chicago Bulls wjechał pod kosz po czym stracił piłkę. Okazując swoje niezadowolenie z decyzji sędziego, otrzymał technika. Wielu z Was zna zapewne temperament Robinsona, który nie stonował po tej akcji, a wręcz przeciwnie – postanowił zaczarować Mahmoud’a Abdul-Rauf’a pokazując swój ball handling, a następnie wchodząc między dwóch graczy spin movem i kończąc asystą do Amar’e. Po tej akcji znak do natarcia dał znany z parkietów PLK dziadzia – Qyntel Woods. Jego ataki przyćmił (w negatywnym tego słowa znaczeniu) Nate, który wchodząc pod kosz po raz kolejny stracił piłkę, po czym w agresywny sposób zaczął naskakiwać na sędziego. Decyzja nie mogła być inna – drugi technik i wylot z boiska. Teoretycznie powinno to podłamać skrzydła Tri-State, ale nie w dniu, kiedy w takiej formie był STAT, który chwilę później po raz kolejny kończył akcję z góry (Amar’e – Is that really you?!?!) Wygrana była na wyciągnięcie ręki do samego końca, bowiem na tablicy widniał wynik 48:48. Wtedy do akcji wkroczyli oldboy’e – pradziadek Mahmoud zagrał do wbiegającego pod kosz dziadka Qyntel’a, który soczystym dunkiem przesądził wynik spotkania. 50:48 dla niepokonanych 3 Headed Monsters i dowód na to, że dojrzałe wino smakuje najlepiej. Nie chcę stawiać proroczych wizji, ale moim zdaniem widzieliśmy właśnie przedsmak finałowego meczu o mistrzostwo.


Power vs Ghost Ballers

Corey Maggette (19 pkt.), Glen Davis (11 pkt.), Cuttino Mobley (9 pkt.)

vs

Ricky Davis (16 pkt.), Carlos Boozer (15 pkt., 16 zb.), Lee Nailon (9 pkt.)

W ostatnim spotkaniu czwartej kolejki BIG3 spotkały się zespoły Power oraz drugi team bez zwycięstwa – Ghost Ballers. Pozbawione hardkorowego koksa Mike’a Bibby’ego, duchy ruszyły do akcji z mocnym przytupem, chcąc pokazać, że są kimś więcej niż chłopcami do bicia. Pierwsza połowa należała do jednego pana – Ricky’ego Davisa. Pretty Ricky (Panie, czy on naprawdę jest pretty?) ładował trójkę za trójką z „downtown”, jakby pobierał przed meczem nauki u Chefa Curry’ego. Piłka niemiłosiernie trzepotała w kotle (czyt. koszu) rywali, którzy nie mogli nic poradzić na rzuty Davisa. Połowa zakończyła się wynikiem 25:20 dla Ghost Ballers. W drugiej odsłonie pałeczkę przejęli wysocy. Najpierw za trzy  z pozytywnym efektem postanowił przyłożyć Carlos „Namaluję Sobie Włosy” Boozer,  a po chwili pozazdrościł mu tego Big Baby Davis, który ledwo odrywając od parkietu swoje cielsko, także załadował tróję. W sumie nie dziwię się chłopu, skoro taka pani trener stoi za jego plecami i wspiera go pełną piersią! Wynik na 50:45 dla Power ustanowił z „powerem” kapitan zespołu – Corey Maggette.

Dziękuję serdecznie ekipie 3x3basket.pl za możliwość wykazania się i mam nadzieję, że jeszcze się tu z Wami spotkam 🙂 Za tydzień przenosimy się do Miami i mogę Was zapewnić, że będzie odlotowo. Trójeczka wariaty (taka w stylu BIG3 zamiast piąteczki)!

 

OD REDAKCJI: To my serdecznie dziękujemy i liczymy na więcej!!!

Fot. big3.com

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*